Nieprzekupny gliniarz karateka – Moje warunki II
Zgodnie z przypuszczeniami Harlana po kilku godzinach odezwał się telefon komórkowy. Harlan siedział właśnie na ławce w Parku Lincolna, tej ławce, na której zwykł przesiadywać całymi dniami, zanim został policjantem i poświęcił swoje życie służbie prawu. Dzwonili federalni. Chcieli żeby przyjechał na komisariat i zapoznał ich z realiami, w jakich zginął Rufus Cohen. Harlan nie miał wyboru. “Będę za pół godziny” – odparł z przekąsem. Rzucił resztki hot doga, którego jadł gołębiom i powlókł się do Cadillaca. Posterunkowa kuchnia pełna była nieznanych Harlanowi osobnikow i osobniczek. Można by rzec, że się wręcz w tej kuchni kłębili. Harlan pomyślał, że w chwili, gdy wszedł do pomieszczenia powinien był wyciągnąć spluwę i strzelić kilka razy w sufit, żeby go zauważyli. “O jest pan, inspektorze” – usłyszał gdzieś z tyłu kobiecy głos. Po chwili delikatna ręka wzięła go pod ramię i powiodła w kierunku stołu, nad którym zwieszała się wielka niska lampa o przeraźliwie jasnej żarówce emanującej energią cieplną. “Basen, jest tu” – powiedział jeden z zebranych przy stole osobników wskazując palcem na niebieską plamę na szkicu rozłożonym na stole – “zwłoki znaleziono w tej części, natomiast ślady zbiega prowadzą wprost do sauny” – wskazał czarny kwadrat. “To sie nie trzyma kupy” – odezwał się drugi – “przecież nie zapadł się pod ziemię, ani nie rozpłynął w powetrzu. Z pomieszczenia tak zamkniętego i szczelnego jak sauna, nie ma wyjścia”. “Czy wasi technicy sprawdzili tę saunę?”. “Owszem, nie ma mowy o żadnych sekretnych przejściach tudzież innych teleportach”. “Może zabójcy tam w ogóle nie było…” “Panowie wybaczą – odezwał się Harlan – moje nazwisko Harlan, inspektor Harlan… prowadziłem… prowadzę tę sprawę, jak również prowadziłem powiązane śledztwo dotyczące śmierci Rufusa Cohena…” Na sali zapadła trwożna cisza. Jedynie wiatr wiejący od zsypu na śmieci bezczelnie rozgarniał rozłożone na stole projekty basenów. “Panowie pozwolą, że opowiem wam, o Rufusie Cohenie…”.